Mały artysta i jego wielkie dzieło (zniszczenia)

Dziecko rysuje po ścianach

Kilka słów o tym, co małe dziecko ma wspólnego z Guns’n’Roses i dlaczego prędzej czy później każdy rodzic zamieszka… w bloku.

EWA / Córeczka tatusia

Dostałam od taty kilka kartek i kredki. Zaczęłam rysować. Tak po prostu, bez pomysłu. Tata zapytał, co rysuję. Odpowiedziałam, że kółeczko, chociaż wcale nie byłam pewna, co to jest i wcale mi się nie podobało to, co zrobiłam. Ale tata był zachwycony! Zaczął mówić, że kółeczko jest piękne, a ja jestem taka zdolna.

Uśmiechnęłam się, bo lubię kiedy tata mnie chwali. Pomyślałam, że dobrze rysuję kółka, dlatego spróbuję narysować jeszcze jedno na innej kartce. I tym razem tata też baaaardzo mnie chwalił. Powiedział, że mam takie coś, co się nazywa „talent”. Nie wiem co to, ale musi być dobre, bo tata się przy tym uśmiechał i dał mi buziaka.

Na stole leżały jeszcze czyste kartki, ale pomyślałam, że to nudne tak ciągle rysować na kartkach. Kolejne kółko zaczęłam rysować na stole. Kiedy tata się do mnie odwrócił i zobaczył nowe kółko, złapał się za to za głowę i zaczął mi tłumaczyć, że tak nie wolno! Że takie rysowanie jest nieładne i że będzie teraz musiał iść po gąbkę i wszystko zetrzeć. Nic już nie mówił o talencie i w ogóle mnie nie chwalił.

Jeśli stół jest „be”, to może gdzie indziej będzie lepiej? Tata wyszedł, a ja postanowiłam narysować nowe kółko, już w innym miejscu. Po chwili tata wrócił i zaczął wycierać stół. Spojrzał za mnie i znowu złapał się za głowę, ale jakby bardziej. I jego „Nieee” też było jakby głośniejsze. Wcale nie był zachwycony moimi kółkami na ścianie, oj nie… Tata zaczął mi tłumaczyć, że ściana nie jest od rysowania i że zachowałam się bardzo, ale to bardzo nieładnie. Potem już tylko usiadł i głęboko wzdychał.

Nic z tego nie rozumiem. Czy to znaczy, że na kartce mam talent, a na ścianie już nie? Że na kartce kółko jest piękne, a na stole brzydkie? Czy granica między „Brawo” i „Nieee” to brzeg kartki?

 


TATA

Appetite for destruction to wielka płyta, kultowy album Guns’n’Roses. Nie, ta pozycja nie przyda się rodzicom-melomanom, którzy szukają miłych dźwięków dla swoich maluchów. Piosenki są śpiewane po angielsku, ale nie polecam ich też jako materiału do nauki języka dla przyszłych poliglotów. Wydawałoby się, że tytuł tego albumu, jego zawartość, a już na pewno okładka, nie mają nic wspólnego z dziećmi i mój blog nie jest najlepszym miejscem, żeby o tym krążku wspominać. A jednak. Moje dziecko lubi bawić się w budowniczego czy majsterkowicza. Ale jest coś, co lubi bardziej. Coś, co sprawia, że mógłbym nazwać Ewusię… Małym Destruktorem.

Ewcia zdaje się stawiać destrukcję ponad kreacją. Najwięcej spontanicznej radości okazuje nie wtedy, gdy buduje z klocków, ale gdy już niemal gotową budowlę obraca w pył. Owszem, daje się namówić na wspólne lepienie warzyw i owoców z ciastoliny, ale szczyt koncentracji osiąga dopiero wtedy, gdy z już gotowych wytworów odrywa kawałek po kawałku i rozrzuca je po podłodze.

Dla nas, rodziców, najbardziej bolesne są jednak inne, nie do końca oczywiste przypadki destrukcji. Gdy Ewcia wykorzystuje chwilę naszej nieuwagi, by z pomocą kredki porysować nieco nudną, jednokolorową ścianę – wtedy tworzy czy niszczy? W swoim mniemaniu raczej kreuje. Nasza reakcja na taką kreację wymaga użycia w tym miejscu kilku eufemizmów. Powiedzmy, że… efekt godzi w nasze poczucie estetyki. Tata (czyli ja), zamiast czym prędzej zabiegać o kontakt z marszandami i kolekcjonerami dzieł sztuki, nerwowo sprawdza cenę farby w marketach budowlanych, zastanawiając się, który kolor dokupić na poczet przyszłej twórczości dziecka. Czasem też w pierwszym odruchu coś mu się wymsknie 😉

Ofiarą działań kreacyjno-destrukcyjnych padają różne części mieszkania. Widok ścian upiększonych przez młodą rysowniczkę przyprawia o ból serca, ale do tego widoku można się przyzwyczaić, a przy odrobinie samozaparcia, przywrócić stan poprzedni. Nie ze wszystkim idzie tak łatwo. Za każdym razem, gdy Ewusia bierze na cel meble, żałuję, że urządzając mieszkanie, postanowiliśmy kupić coś na lata…

Gdybym mógł cofnąć czas, postawiłbym na wnętrze w wariancieDomo Minus”. Jego wyróżniki? Surowy, wręcz ascetyczny design. Ściany gipsowane, ale niemalowane. Meble? Płyta MDF to zbędny luksus, wystarczą karton i dykta. Kanapę zastąpi funkcjonalne łóżko polowe. Wszystko chwilowe, nietrwałe, nie będziemy po tym płakać. Nasze dziecko zdążyło nas już przekonać, że trwałość i tak nie istnieje – w starciu z siłami konstrukcji i zniszczenia każdy składnik naszej codzienności okazuje się słaby i przejściowy. Po co więc przepłacać, gdy z pietyzmem urządzany dom, apartament, czy mieszkanie w wielkiej płycie i tak stanie się dla głodnego destrukcji malucha i jego rodziców blokiem… rysunkowym? 😉

2
Dodaj komentarz

avatar
najnowszy najstarszy oceniany
Gabi
Gość
Gabi

Taki dzieciecy artyzm. Cieszyc sie, ze to nie autyzm i nie narzekac😊 Kto wie… moze w przyszlosci Ewcia bedzie dekoratorem wnetrz zarabiajacym miliony🤗?