Mój ci on!

Dziecko z zabawkami

Kilka słów o tym, dlaczego Spotify nie miałby w żłobku żadnej szansy na sukces.

EWA / Córeczka tatusia

To MÓJ tatuś! – odpowiedziałam głośno babci i wtuliłam się w tatę.

Tak, ale to mój synuś – powiedziała babcia. – I nie pozwolę, żebyś na niego krzyczała.

Nie – zaprotestowałam. – To M-Ó-J synuś!

KURTYNA


TATA

„Nie mogę ci wiele dać, bo sam niewiele mam” – czy słowa piosenki zespołu Perfect będzie nucić coraz więcej ludzi? W dobie (podobno) rosnącej popularności sharing economy (ekonomii współdzielenia) własność może stracić na znaczeniu, bo wiele osób zadowala się czasowym dostępem do pewnych dóbr. Przykład? Słuchają muzyki, korzystając z popularnych aplikacji i nie chwalą się już przed gośćmi kolekcją płyt, która do niedawna zajmowała pół ściany w salonie.

Moje dziecko (prawdopodobnie) jeszcze o ekonomii współdzielenia nie słyszało, a gdyby usłyszało, to czym prędzej zatkałoby uszy. Jak to? Współdzielony tatuś? Współdzielona lalka? I piosenki też współdzielone? Z Basią, Jasiem i Antosiem? Na przemian śpiewane, na zmianę przytulane?

Ewcia tkwi jeszcze głęboko w świecie, w którym własność ma prymat nad wszystkim.  Ale, zgodnie z logiką Kalego, święta jest w tym świecie tylko moja własność, bo cudze zawsze można sobie… przywłaszczyć. „To moje!” – ten krzyk dziecka najlepiej oddaje stosunek mojej córeczki do wszelkich dóbr, które wydają się warte zachodu, a wydają się tym bardziej, im bardziej zabiegają o nie inne dzieci.

Taką potrzebę posiadania na własność (a zarazem nieposiadania i niekorzystania przez innych) ujawnia dziecko raptem dwuletnie. Trudno zatem podejrzewać je o wyrachowanie, a w jego motywacjach doszukiwać się drugiego dna. Głośno protestuje? Płacze i szarpie? Wszystko to zdaje się odzwierciedlać wrodzoną potrzebę, chęć gromadzenia, którą wyssaliśmy z mlekiem matki. Przez tysiące lat żyliśmy w świecie niedoboru. Świat nadmiaru to nowość, a dla większości ludzi wciąż trudna do wyobrażenia przyszłość. Nasze dzieci nie rodzą się jeszcze z poczuciem przepełnionego brzuszka, ale wciąż z instynktem, który  każe im walczyć o przetrwanie i zaspokojenie (tu i teraz) choćby podstawowych potrzeb z piramidy Maslowa – fizjologicznych  i bezpieczeństwa.

Ewusia, która dopiero uczy się praw rządzących światem, nie wie jeszcze, że zgoda na zabawę jej misiem przez inne dzieci nie odbierze jej misia na zawsze (zazwyczaj, bo pożyczone rzeczy nie zawsze wracają, a dorośli ukrywają przed maluchami, że to „dobry zwyczaj, nie pożyczaj”). Już jako starsze dziecko Ewcia będzie miała prawo zakładać, że inny przedszkolak prędzej czy później zwróci misia – czy to po dobroci, czy też przymuszony przez dorosłych, stojących na straży prawa własności.

Co pozostanie z tego przywiązania do własności, gdy moje dziecko będzie już dorosłe? Czy stanie jeszcze przed dylematem „mieć czy być”, a może miejsce „mieć” zajmie już „mieć dostęp”? Czy zaciągnie kredyt, byle tylko móc zaśpiewać, że „mój jest ten kawałek podłogi”, czy wystarczy jej „niebo do wynajęcia”?

Co powiem , gdy moja córka zapyta, co ma większy sens – mieć czy korzystać? Na pewno będę ją przekonywał, że choć czasy się zmieniają, nadal najważniejsze jest to, co ma. Ma w głowie. W przeciwieństwie do misia – własnego czy pożyczonego – tego nikt jej nie zabierze.

Dodaj komentarz

avatar