Na kogo upadnie, na tego „Bęc”

Wypadki dzieci

Kilka słów o tym, jakie niebezpieczeństwa grożą małemu dziecku i kto je obroni.

EWA / Córeczka tatusia:

„Bęc”. „Bum”. „Ała”. I jeszcze „Oj-oj-oj”! Tak mówię, kiedy stanie się coś „be”.

Piekarnik jest „be”, bo jest gorący. I dlatego „nu-nu-nu” – tatuś macha palcem i mówi, że nie wolno go dotykać. „Be” jest nóż. Od noża może polecieć krewka, a jak leci krewka to się płacze. Czasami „bee” jest pszczoła, chyba że to Pszczółka Maja albo Gucio. Inna pszczoła może być „bee”. Może uszczypnąć i wtedy boli. Dlatego kiedy leci pszczółka – nie Maja i nie Gucio – mama mówi: „Uważaj!”

Tata i mama często mówią, że coś jest „be”. Albo, że kiedy coś zrobię, to będzie „Ała” i będzie bolało. Kiedy tak mówią, to jedno już wiem – że to coś na pewno jest ciekawe…

Patrz misiu, to jest parapet. I zaraz na niego wejdziemy.

Jest ryzyko, jest zabawa!

[Ewa / Córeczka tatusia]

TATA:

W tym świecie na każdym kroku czyha coś, co może zrobić krzywdę. Za każdym rogiem czai się niebezpieczeństwo. Czy chodzi o Jurassic Park? Nie, nic z tych rzeczy! To świat… małego dziecka.

Rozgrzany piekarnik, dymiąca patelnia, parujący garnek. Kubek z gorącą herbatą. Aż się proszą, żeby ich dotknąć, przyłożyć rękę, włożyć palec. Balkonowa poręcz i kuchenne krzesło. Jaki byłby z nich pożytek, gdyby nie można się było na nie wspiąć? Kot może drapnąć. Pies – ugryźć. Prąd? Może kopnąć. A inne dziecko? Wszyscy wiemy, do czego zdolne jest niepocieszone dziecko. Może w jednej chwili drapnąć, kopnąć i ugryźć, a to tylko przykładowe wyliczenie… 😉

W tym natłoku zagrożeń aż dziw bierze, że małe dzieci zwykle nie potrzebują interwencji psychologa ani intensywnej opieki medycznej. Mają gdzieniegdzie małe siniaki, tu i ówdzie jakieś zadrapanie, ale zazwyczaj śmieją się od ucha do ucha. Jakby zupełnie nieświadome, że jakiś wysoki balkonozaur, albo buchający gorącem żelazkoratops może zrobić im krzywdę.

Dopiero po latach dowiedzą się, że miały przy sobie Anioła Stróża, Indianę Jonesa i Strażaka Sama w jednym. Specjalist(k)ę od poskramiania pół-dzikich zwierząt i ściągania dzieci z parapetów, z okrzykiem „Jezus Maria!” rzucających się na pomoc maluchom, które właśnie potknęły się na schodach.

Być może ten ktoś będzie już wtedy stary jak dinozaur. Może opowieści o jego wyczynach będą raczej wkładane między bajki niż zaliczane do reportażu. A jednak – każdy kto choć raz widział małe dziecko wbiegające na ulicę, szarpiące obrus czy testujące kuchenkę gazową, przyzna że…

…nasz gatunek byłby skazany na wymarcie, gdyby w każdym domu nie czuwał taki niepozorny, codzienny heros. Który bohatera nie zgrywa, ale z konieczności nim bywa 😉

[Tatuś córeczki]